top news

najczęściej czytane
12682202051086831.jpg

data:

10.03.2010

rodzaj tekstu:

wywiad/artykuł/felieton

udostępnij  Podziel się na Facebook
wyślij link  wyślij link

Fatalne tłumaczenia menu - gęba pełna śledzi

Czy śledzie noszą futerka? Czy świnie maja ręce lub pięści? Czy indyk jest kurczakiem? – to tylko kilka pytań, które nasunęły się Witoldowi Zalewskiemu po wizycie w kilku poznańskich, i nie tylko, restauracjach.

Menu to kwintesencja marketingu dla restauracji, jednak problem zaczyna się, gdy mamy je zaprezentować w obcych językach. Słynna poznańska golonka to "boiled pickled hand of pork cutlet", czyli gotowana peklowana ręka wieprzowego kotleta! I to polecana jeszcze przez indiańskiego wodza.

Czy śledzie noszą futerka?    
Czy świnie maja ręce lub pięści?
Czy sandacz jest okoniem lub szczupakiem ?
Czy indyk jest kurczakiem?
Czy istnieje krzyżówka cielęciny i dzika?
Czy  bażant był  wypalany lub wystrzelony?
Czy troć bałtycka to pstrąg byk?
Zupa cebulowa ze świeżym rymem?
Zupa z krwi!
Przyrządzone owe świeże dania rybne osobiście przez bossa kuchni!
Owe hiszpańskie mięsne globowe!
Czarny kurczak!
Risotto z płaczących ryb!
Szparagi gwałcone szynką parmeńską!
Czy sarnina ‘sade’ jest torturowana przed zabiciem?
Żelki owocowe tłumaczone na „tropical gums” czyli dziąsła tropikalne!
Czy mięso wołowe było siekane albo wydalone poprzez funkcję fizjologiczną?
Co to są za grzyby jajkowe lub grzyby czarownicy albo żółta pleśń? (w tym przypadku chodzi o kurki).

Zachęcające? Zabawne? Wątpię! A takie są właśnie przykładowe tłumaczenia menu z polskiego na język angielski i niemiecki. Podobnie jest w wielu restauracjach w Poznaniu i w innych miastach naszego kraju.

W tłumaczeniu z polskiego na angielski czasem wystarczy brak lub zmiana jednej literki, by z szefa kuchni (chef) zrobić indiańskiego wodza (chief), a wino musujące (sparkling wine) przechrzcić na wino iskrzące (sparking wine).

Czy polski kelner ma czas, zna języki obce tak dobrze, żeby mógł dokładnie wytłumaczyć i zaprzeczyć powyższym niedorzecznościom w menu?

Proponuję wczuć się w rolę typowego cudzoziemca w Polsce. Polskie jedzenie dla nas jest znane i smaczne, ale dla większości cudzoziemców, jak widać z powyższych tłumaczeń - dosyć tajemnicze i nieapetyczne. Ważne jest, żeby karta dań była szczegółowa, dokładna i opisowa. Jako Polak i Amerykanin, obieżyświat i wieloletni gość polskich restauracji, byłem zawsze rozbawiony i zaskoczony przetłumaczoną treścią polskiego menu. Niestety, moi goście zagraniczni nie byli pewni, co właściwie zamawiają i co w końcu otrzymają.

Dopiero po długich tłumaczeniach i dyskusjach wyjaśniających udało mi się zamówić dla nich odpowiednie danie. Nawet w krajach Trzeciego Świata, gdzie gościłem, nie widziałem takich zaniedbań i niskiego poziomu menu jak w naszym kraju. W mojej opinii, karta dań jest najważniejszym narzędziem sprzedaży dla restauracji, zwłaszcza w mieście, które słynie z organizacji targów.

Z moich rozmów z właścicielami restauracji wynika, że tłumaczenia są robione często na podstawie poradnika kelnerskiego z 1937 roku lub innych starych słowników, przez tłumaczy przysięgłych, ale także studentów, zwykłych tłumaczy lub osoby z personelu, które tłumaczą „słowo w słowo” i w ogóle nie znają nazewnictwa z branży gastronomicznej. Słowniki, jak wiadomo, cały czas ewoluują. Wiadomo też, że żaden z tzw. native speakers nie weryfikuje tłumaczeń. Kiedy zwracam uwagę na te „niewypały językowe”, większość właścicieli i obsługi nie przejmuje się tym zbyt mocno, rozkłada ręce, uśmiecha się i mówi: „jakoś to będzie”.

Czasy dla gastronomii są trudne. Wiele naszych restauracji stara się przyciągnąć klientów swoim wystrojem, atmosferą i jedzeniem na światowym poziomie. Co z tego, skoro totalna niedbałość w tłumaczeniu menu jest porównywalna do zlecenia sprzątaczce prac kulinarnych a kucharzowi obsługi klienta.

Najlepszym przykładem może być ciekawostka pochodząca z ostatnio przeglądanego przeze mnie menu w Poznaniu z pewnej renomowanej restauracji przy Starym Rynku.

„Pieczywo i masło extra: 3.00 zł”, ale po angielsku oferuje się bezpłatnie: „complimentary bread and butter”. Widać, właścicielka preferuje obcokrajowców, a dla Polaków „za darmo umarło”, w tym osobliwym przybytku gastronomicznym.

Zabawne "kwiatki językowe" powstające podczas tłumaczenia zdarzają się nie tylko w lokalach gastronomicznych. W niektórych supermarketach można kupić ryż paraboliczny, a kilka biur podróży oferuje w pokojach hotelowych przelotny deszcz lub wannę.

Na pocieszenie można dodać, iż największy problem z tłumaczeniem dań na obce języki mają Chińczycy. W tym kraju wychodzą najgorsze tłumaczenia kulinarne, czego mnóstwo turystów doświadczyło podczas olimpiady w Pekinie.

A oto jak wita Polaków na Bornholmie duńska gastronomia:


Witold Zalewski
jest członkiem zarządu firmy Conceptteam.pl - świadczącej innowacyjne usługi  doradcze dla gastronomii i hotelarstwa.

Copyright : Witold T.Zalewski - Chef de création cuisine 
wz@conceptteam.pl
www.listawitolda.blogspot.com
 

1
Brak plików.
Brak komentarzy.

Aby dodawać komentarze musisz być zalogowany

 

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu.

Portal nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

 

Jeżeli którykolwiek z postów na forum łamie zasady, zawiadom nas o tym

podobny news

ładowanie...